Mój syn stracił wszystko w ciągu jednej minuty w Wenezueli – HELP
Mój syn stracił wszystko w ciągu jednej minuty w Wenezueli – HELP
Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski
Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski
Aktualności1
-
AKTUALIZACJA: Osiągnęliśmy pierwszy kamień milowy! Dziękuję za to, że daliście nadzieję mojemu synowi i jego rodzinie! 🙏❤️
Drodzy darczyńcy, przyjaciele i znajomi!
Jako matka ledwo znajduję słowa i walczę ze łzami, pisząc te słowa. Kiedy dzień temu, drżącym z bezradności i troski głosem, rozpoczęłam tę zbiórkę, nie przypuszczałam, że siła miłości i wspólnego działania ujawni się tak szybko.
Jesteście niesamowici: prawie osiągnęliśmy nasz pierwszy cel, czyli 5000 euro!
Każda darowizna, każda miła, pełna współczucia wiadomość i każde udostępnienie były promykiem światła dla moich synów, Szabolcsa i Pétera, przebywających w schronisku Magyar Ház w Caracas – po raz pierwszy od wielu dni dostrzegłam w ich oczach iskierkę nadziei. Wiedzą, że nie są sami w tej trudnej sytuacji, a to znaczy dla nich teraz więcej niż cokolwiek innego.
Jak wygląda teraz ich sytuacja? (FAZA 1 ZAKOŃCZONA)
Pierwsze 5000 euro, które zebraliście, zapewni im natychmiastowe przetrwanie i podstawowe bezpieczeństwo. Z tej kwoty będą mogli w nadchodzących krytycznych tygodniach i miesiącach zapewnić sobie czystą wodę pitną, bezpieczną żywność, podstawowe leki oraz najbardziej niezbędną odzież i artykuły higieniczne, które musieli zostawić, uciekając z 7. piętra. W tym całkowicie sparaliżowanym, dotkniętym katastrofą otoczeniu, gdzie zagrożenie zakażeniem staje się coraz bardziej realne, pieniądze te w dosłownym tego słowa znaczeniu oznaczają dla nich życie.
Co dalej? Rozpoczynamy FAZĘ 2: Nowy początek
Teren ich nadmorskiego domu pozostaje nadal zamknięty, budynek stanowi zagrożenie dla życia i obecnie wydaje się, że nigdy więcej nie będą mogli tam wrócić. Stracili wszystko. Chociaż dzięki waszej pomocy udało nam się opanować bezpośredni kryzys, moi synowie muszą zbudować zupełnie nowe życie od zera. Muszą znaleźć mieszkanie oraz uzupełnić podstawowe wyposażenie niezbędne do pracy i codziennego życia w kraju, który leży w gruzach.
Ponieważ wasza wspólna akcja pokazała, że jesteśmy w stanie postawić ich na nogi, podnoszę docelową kwotę zbiórki do 9000 euro.
Te dodatkowe środki zostaną przeznaczone bezpośrednio na zapewnienie im nowego miejsca zamieszkania, zakup najpotrzebniejszych mebli i artykułów codziennego użytku oraz zapewnienie im długoterminowego bezpieczeństwa.
Z całego serca proszę, abyśmy nie zatrzymywali się na tym! Jeśli możecie, proszę, wspierajcie ich nadal, nawet symboliczną kwotą, a co najważniejsze: udostępnijcie tę aktualizację i link, aby wiadomość dotarła do jeszcze większej liczby osób.
Serdecznie dziękuję, że jako matka nie zostawiliście mnie samej z moimi obawami i że dajecie Szabolcsowi i Péterowi szansę na powrót do normalności!
Z podziękowaniami i serdecznymi pozdrowieniami,
Marianna
wdzięczna mama
Dodawaj aktualności i informuj wspierających o postępach akcji.
To zwiększy wiarygodność Twojej zrzutki i zaangażowanie darczyńców.
Opis zrzutki
Cześć wszystkim, nazywam się Marianna. Piszę to, bo czuję się bezradna, serce mi pęka z troski, a jako matka to jedyna rzecz, jaką mogę teraz zrobić stąd, z Węgier, dla moich synów, Szabolcsa i Pétera. Podczas gdy my tutaj, na Węgrzech, spaliśmy spokojnie w naszych domach, oni walczyli o przetrwanie w koszmarze, który trudno pojąć zdrowym rozsądkiem.
24 czerwca o godz. 18:04 czasu lokalnego ziemia w Wenezueli dosłownie się rozstąpiła. Przerażające, tak zwane „podwójne trzęsienie ziemi” spustoszyło ten region. Najpierw trzęsienie o sile 7,2 w skali Richtera wstrząsnęło domami, a zaledwie 39 sekund później nastąpiło jeszcze bardziej niszczycielskie trzęsienie o sile 7,5. Szabolcs i Péter mieszkają – a raczej mieszkali – w nadmorskiej miejscowości Caraballeda, położonej tuż obok Caracas – w epicentrum katastrofy. 70% miasta zostało zniszczone w ciągu kilku sekund. Wszystko wygląda tak, jakby padło ofiarą bombardowania dywanowego. Według obliczeń fizyków podczas podwójnego trzęsienia ziemi, które spowodowało katastrofę, w skorupie ziemskiej uwolniła się energia czysta odpowiadająca prawie 240 wybuchom atomowym w Hiroszimie. Mój syn i jego rodzina cudem przeżyli. Jednak ich życie, teraźniejszość, wszystko to, dla czego przeprowadzili się do tego kraju, o co walczyli i na co pracowali, w ciągu jednej minuty obróciło się w nicość.
Na ich oczach, tuż obok, pięć wielopiętrowych budynków mieszkalnych zawaliło się jak domek z kart, grzebiąc pod sobą wszystko. Szabolcs i jego rodzina znaleźli schronienie w ogrodzie jednego z tych budynków.

Nie było prądu, nie było zasięgu, nie było wiadomości – tylko oślepiająca, dusząca chmura pyłu i szum gruzów. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Ponieważ ich budynek stał tuż przy brzegu morza, po trzęsieniu ziemi tej wielkości natychmiast pojawiło się najstraszniejsze zagrożenie: tsunami.
Szabolcs i Péter zrobili wtedy coś, co wymagało niesamowitej odwagi – albo szaleństwa podyktowanego instynktem przetrwania. Wiedzieli, że jeśli nadejdzie fala tsunami, bez samochodu, dokumentów i telefonów nie mają żadnych szans. Nie wiedząc, czy nastąpią kolejne wstrząsy wtórne, z przerażeniem wrócili na siódme piętro do ciemniejącego, skrzypiącego i stającego się śmiertelnie niebezpiecznego budynku. Wbiegli do mieszkania po klucze i dokumenty, a następnie, narażając się na największe niebezpieczeństwo, zeszli do ciemnego jak smoła garażu, by zabrać samochód. Wyjechali i ruszyli w górę, w kierunku gór.
Skierowali się w stronę stolicy, Caracas, oddalonej o 40 minut jazdy, ale droga była dosłownie piekłem na ziemi. Mogli tylko mieć nadzieję, że autostrada, składająca się z wiaduktów i górskich tuneli, pozostała nienaruszona i nie zawaliła się. Drogi zostały przecięte na pół, powstały ogromne różnice wysokości i kratery. Po stromych górskich drogach gruntowych, w tłumie uciekających ludzi, mogli poruszać się jedynie krokiem. Szabolcs i Péter musieli obserwować z samochodu, jak wokół nich płoną ruiny, a z pyłu i dymu dobiegają krzyki i szalone wrzaski ludzi, którzy szukali swoich bliskich, dzieci pod gruzami. Ten zbiorowy krzyk śmierci do dziś rozbrzmiewa w ich uszach.
Zwykła 40-minutowa podróż trwała w tym piekle na ziemi aż 5 godzin. Jedna rzecz utrzymywała moich synów przy życiu: musieli dotrzeć do linii łączącej z lotniskiem w Caracas, ponieważ wierzyli, że tam będzie zasięg (którego ostatecznie nie było, ponieważ lotnisko również uległo poważnemu zniszczeniu), i będą mogli skontaktować się z nami, zanim obudzimy się na Węgrzech i zobaczymy doniesienia w mediach. Nie chcieli, żebyśmy jako rodzice przeżyli szok. Około godziny 6 rano czasu węgierskiego zadzwonił nasz telefon. Głos mojego syna drżał, ale uspokoił nas, zanim straszne zdjęcia obiegły świat. Dopiero wtedy, słysząc tę wiadomość, naprawdę wpadliśmy w panikę.

Jednak nawet po przybyciu do Caracas nie mogli odetchnąć z ulgą. Z powodu zawalonych, stających się statycznie niebezpiecznych dla życia budynków, wszyscy uciekli tam również na ulice. Szabolcs i jego rodzina spędzili pierwszą noc w samochodzie. Obecnie znaleźli tymczasowe schronienie w Domu Węgierskim w Caracas, za co będziemy na zawsze wdzięczni lokalnej społeczności węgierskiej.

Jednak wydaje się, że na wybrzeżu stracili wszystko. Dom jest w stanie zagrażającym życiu, teren został ewakuowany i zamknięty. Nie mogą tam wrócić. Nie ma już sklepów, supermarketów, aptek ani gabinetów lekarskich. Nie ma wody, nie ma prądu, sieć komórkowa nie działa. Lotnisko zostało zamknięte z powodu uszkodzonych pasów startowych, metro nie kursuje. Panuje całkowity paraliż. Co więcej, obecnie w regionie panuje również obawa przed zakażeniem.
Mój syn i jego rodzina zostali tylko w garniturze, z dokumentami osobistymi i samochodem. Muszą wszystko odbudować od zera w kraju, który się załamał. Naszym celem jest teraz zebranie 5000 euro. Kwota ta nie jest przeznaczona na luksusy, lecz na samo przetrwanie: bezpieczną żywność, czystą wodę pitną, najpotrzebniejsze leki, ubrania oraz niezbędne działania logistyczne w nadchodzących krytycznych miesiącach.
Bardzo was proszę, jeśli tylko możecie, wesprzyjcie mojego syna i jego rodzinę kwotą równą cenie kawy lub obiadu, aby mieli siłę i szansę podnieść się z ruin. I co równie ważne: proszę, udostępnijcie ten link, aby wiadomość dotarła do jak największej liczby osób, zarówno przyjaciół, jak i znajomych z zagranicy.
Dziękuję z całego serca, również w imieniu mojej rodziny!
Marianna,
zaniepokojona mama
Remélem, minél hamarabb javul a helyzet! Kitartást a fiadnak!