id: p3py6r

Komplett tetőcserémre szeretnék segítséget kapni.

Komplett tetőcserémre szeretnék segítséget kapni.

 
László Szabó

HU

Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski

Pokaż oryginalny węgierski tekst

Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski

Pokaż oryginalny węgierski tekst

Opis zrzutki

Witam wszystkich serdecznie! Nigdy nie prosiłem nikogo o żadną pomoc, więc nie jest mi łatwo zacząć opowiadać o tym, co mam do powiedzenia. Być może najprościej będzie, jeśli po prostu opowiem swoją historię. Postaram się wyrażać się zwięźle, obiecuję, że w miarę możliwości.Po prawie 30 latach mieszkania na wynajmie kupiłem dom na kredyt w CHF w 2006 roku. Niestety, raty kredytu rosły w takim tempie, że musiałem pracować już w trzech miejscach, aby móc je spłacać.Nie dbałem o siebie, więc z powodu choroby trafiłem do szpitala w listopadzie 2007 roku...Wyszedłem po 10 dniach i od razu zdecydowałem, że sprzedam dom. Miałem tyle szczęścia, że nie wziąłem kredytu na ten dom (bo żaden bank mi go nie dał), tylko na nieruchomość znajomego, za którą dostaliśmy 4,2 miliona.Jednak i tak musiałam to spłacić, bo nigdy nie wykorzystałabym jego dobrej woli, a to był mój dług. Wczesną wiosną 2008 roku sprzedałam tę nieruchomość i całą kwotę przeznaczyłam na spłatę długu, ale niestety to nie wystarczyło.Wróciłem do Budapesztu, wynająłem tam malutkie mieszkanie i spłacałem raty do 2014 roku. Pracowałem wtedy w kilku miejscach, bo jeszcze wtedy było to możliwe, chociaż nigdzie nie chcieli mnie zarejestrować.Potem, w 2015 roku, największy krajowy bank zlitował się nade mną i dostałem 1,2 miliona w ramach kredytu osobistego. Oczywiście już wtedy była to niewielka kwota, ale przynajmniej coś dostałem.Dzięki temu, w jakiś cudowny sposób, udało mi się kupić pod Tokodem nieruchomość o powierzchni 16 m² z drewnianym domkiem, która w urzędzie katastralnym była zarejestrowana jako teren wyłączony z uprawy. Oznacza to, że nie można było tam mieszkać na stałe.Niezależnie od tego mieszkałem tam przez 2 lata, co prawda sam doprowadziłem prąd i sam sprawiłem, że dom nadawał się do zamieszkania, ale na tyle mi wystarczyło i cieszyłem się z tego. Był to co prawda nieco nomadyczny styl życia, ale nie był mi obcy. Przetrwałem już znacznie trudniejsze sytuacje...Kochałem tę małą drewnianą chatkę i gdyby była choćby najmniejsza szansa, że kiedykolwiek uznają ją za porządny dom mieszkalny lub przynajmniej działkę budowlaną, nigdy bym jej nie sprzedał.Niestety, w tej formie nie mogłem tam zostać. Zatem ponownie udałem się do mojego ulubionego bankomatu, a oni chętnie zaoferowali mi 3-milionową pożyczkę osobistą.Udało mi się sprzedać domek z drewna za całkiem dobrą cenę, więc wraz z kredytem pozostało mi 4,2 miliona, za które musiałem znaleźć dom. Znalazłem nieruchomości w fatalnym stanie. To wszystko było okropne, niemal beznadziejne.W końcu w odległości 150–200 km były rozpadające się domy bez ogrodzenia za 3,5 miliona, z ogromnymi pęknięciami w ścianach itp... W końcu w sierpniu 2018 roku trafiłem na obecny dom.Ten też był w fatalnym stanie, ale nie mogłem już zwlekać z zakupem, bo zgodnie z umową musiałem oddać domek we wrześniu. Jednak zaletą było to, że jest blisko stacji kolejowej, a do Budapesztu jest tylko 86 km.To dla mnie ważny aspekt, bo teraz i zawsze pracuję w Budapeszcie. W ciągu prawie 8 lat udało mi się sprawić, że dom nadaje się do zamieszkania, wnętrze jest teraz w akceptowalnym stanie, ale pochłonęło to strasznie dużo pieniędzy.Trzeba było wymienić wszystkie drzwi i okna, w każdym pomieszczeniu zabetonować podłogę, a następnie położyć na nią podłogę. Wyremontować łazienkę, kuchnię również. Podłączyć kanalizację, a następnie pokryć ściany płytami gipsowo-kartonowymi, ponieważ były one dosłownie ohydne.Oczywiście montaż płyt gipsowo-kartonowych też nie jest prosty, bo nie mogę ich przyklejać do ścian z gliny, bo to całkowicie blokuje ich wentylację i przepływ powietrza, dlatego najpierw trzeba przymocować do ścian listwy, a dopiero na nie przykręcić płyty.W ogrodzie, czyli na działce, nie mogłem już nic ulepszyć, bo nigdy nie zostało na to pieniędzy. To, co mogłem zrobić bez pieniędzy, zrobiłem, np. wyrywanie starych krzewów winorośli, wykopywanie krzewów, sadzonek drzew itp...Nie mam niestety dużej bramy, bo gdybym ją zrealizował, musiałbym też odbudować ogrodzenie, a to byłby kolejny wydatek. Znacznie ważniejsza jest konstrukcja dachu. Nie znam się na konstrukcji dachu ani trochę i nie odważę się do niej dotknąć.W niektórych miejscach dach już prawie się zawalił, ale niestety nie mogę i nie odważę się zaciągnąć kolejnego kredytu. Obecnie moja miesięczna rata wynosi 230 tysięcy, a muszę ją spłacać jeszcze przez 84 miesiące.Bank już mi nie udzieli kredytu, bo moje wynagrodzenie netto nie sięga 500 tys. Ale nawet gdyby mi dał, to z milionem nigdzie bym nie doszedł, bo ten dach wymaga całkowitej wymiany, a to kosztuje 5 milionów.Myślałem jeszcze o sprzedaży, ale właśnie ze względu na stan dachu bardzo zaniżyliby cenę... no i z powodu zniszczeń na zewnątrz, bo to też wygląda brzydko. Włożyłem w to mnóstwo pracy i nie chcę sprzedawać za grosze.Mam 58 lat, potrafię wiele rzeczy, ale nie zacząłbym tego od nowa, bo to była strasznie ciężka i męcząca praca. Wróciłem do domu po 24-godzinnym dyżurze i zacząłem pakować kartony w 30-stopniowym upale...To była mordercza praca. Zrobiłem to 3 lata temu. Oczywiście każdy ma swoje kłopoty i problemy, dobrze o tym wiem, bo właśnie w takiej branży pracuję. Z ludźmi, którzy nie mają szans ani nadziei na lepszą przyszłość.Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo to długa i bardzo złożona historia. Sam też wyruszyłem w życie z nastawieniem: „Spadaj, gdzie chcesz! Nawet jeśli zginiesz, nie chcę o tym wiedzieć”. To wszystko wydarzyło się w marcu 1984 roku. Wtedy pojechałem na stację kolejową w Barta puszta, która wtedy jeszcze istniała, i wsiadłem do przyjeżdżającego pociągu, który zawiózł mnie do Budapesztu.Nie wszedłem do przedziału, tylko usiadłem na peronie – w tamtych wagonach były jeszcze ławki – i nagle, po minięciu Cegléd, pojawił się konduktor.Poprosił o bilet, a ja powiedziałem, że nie mam, spojrzałem na siebie – twarz miałem całą we krwi z powodu złamanego nosa – a on machnął ręką i zostawił mnie. Kiedy pociąg wjechał na stację Nyugati, wszyscy wysiedli, a ja po prostu siedziałem tam, zastanawiając się, co teraz zrobić.Potem zebrałem się w sobie i uporządkowałem myśli. Wstajesz, szukasz toalety i myjesz twarz. To pierwsza rzecz. Tak zrobiłem. Potem poczułem straszny głód,przypomniało mi się, że ludzie zostawiają w pociągu puste butelki po piwie, więc czekałem na przyjeżdżający skład, a kiedy wszyscy wysiedli, przebiegłem przez niego, wyprzedzając sprzątaczy, i zebrałem jakieś dwadzieścia butelek, ledwo mogłem je unieść.Potem zapytałem ludzi, gdzie mógłbym je wymienić, bo nie znałem się na niczym w tym wielkim, grzesznym mieście. Wszyscy mówili o domu towarowym Skála, więc poszedłem tam i od razu miałem 42 Ft.42 forinty, rozumiecie??? Ogromna suma! To była dla mnie wtedy cała fortuna. Pół litra mleka kosztowało 2,80, 5 decymetrów masła 3 forinty, a ćwierć kilograma chleba – gotowy posiłek! Ale gdzie to zjeść? Wybrałem pociąg ekspresowy, który odjeżdżał dopiero za dłuższą chwilę, i tam zjadłem kolację. Zdałem sobie sprawę, że to działa i że w przyszłości też będę w stanie to robić.Zostałem więc na zachodzie i zbierałem butelki, dzięki czemu miałem co jeść, a także na telefon i gazetę z ogłoszeniami... bo przecież nie było internetu, smartfonów i innych rzeczy...:W nocy spałem w pociągach ekspresowych, które nie odjeżdżały, chociaż policjanci czasami bili mnie pałką, bo sprzątaczki bardzo mnie nienawidziły za to, że zbierałem przed nimi puste butelki w pociągach,dlatego często donosili policji, że śpię w wagonie X. Ale wtedy przenosiłem się do innego pociągu. W międzyczasie w ciągu dnia najpierw szukałem pracy i miejsca zatrudnienia. Nigdzie mnie nie zatrudniali.Nie rozumiałem, dlaczego nie zatrudniają mnie nawet do najgorszej roboty. Byłem dość głupi. Nie zatrudniali mnie, bo nie skończyłem jeszcze 16 lat. Dopiero po dziesiątej odmowie w końcu to pojąłem.Właśnie wracałem z Północnej Warsztatu Naprawczego w kierunku placu Orczy, pieszo – bo wszędzie chodziłem pieszo, z jednej strony dlatego, że nie miałem już pieniędzy na bilet, a z drugiej, bo chciałem poznać Budapeszt – kiedy zobaczyłem ogromną fabrykę o nazwie Ganz Mávag.Postanowiłem wejść do środka, cokolwiek by się nie działo. Nieważne, jaka to praca, wykonam wszystko, byleby tylko była. Ale znowu ten sam scenariusz: nie mam jeszcze 16 lat itp...Wtedy głęboko w środku ogarnęła mnie gorycz, tego uczucia nie potrafię opisać słowami. Nie płakałem, przyzwyczaiłem się, że nie wolno, bo jaki to mężczyzna, który płacze? Ale byłem głęboko przygnębiony i zacząłem błagać.Obiecałem wszystko, zgodziłem się na wszystko, a nawet powiedziałem, że wystarczy mi połowa pensji, jaką dostają inni, byleby mnie zatrudnili. Zapytali, gdzie mieszkam, a ja odpowiedziałem, że przy Nyugati :) Ale oczywiście w moim dowodzie osobistym widniał adres Barta puszta... a to jest 130 km stąd. Wymyśliłem, że jestem w Budapeszcie dopiero od kilku dni itp...Co w sumie było prawdą. Ale nie mogłem powiedzieć, że mieszkam w dzielnicy Nyugati :) Najważniejsze, że kierownik działu, który był niesamowicie empatycznym człowiekiem, okazał mi łaskę i zatrudnił mnie jako pomocnika magazyniera.To było dla mnie wtedy szczytem szczęścia. Powiedział, żebym następnego dnia zgłosił się na badania lekarskie itp., ale myślami już tam nie byłem. Tak się cieszyłem, że tego dnia zafundowałem sobie wyjątkową kolację.Zebrałem jeszcze więcej szklanek i kupiłem 200 gramów paryzki do zwykłego mleka, masła i chleba. Nie przejmowałem się już nawet, gdy policjant raz czy dwa uderzył mnie pałką...nie obchodziło mnie to. Dostałem pracę, a to wtedy oznaczało życie! Cóż, początek pracy też nie był łatwy. Byłem niewykształcony i przyzwyczaiłem się, że na wsi z danego zadania trzeba wycisnąć maksimum.Wszedłem do wielkiej fabryki, poznałem grupę składającą się z siedmiu osób, w tym mnie, a kierowniczka grupy powiedziała: „Usiądź spokojnie, Laci, i zjedz śniadanie”. Czułem się bardzo źle, wstydziłem się nawet tego, że istnieję...Nie jem śniadań.Tyle powiedziałem i zapytałem, co mam tu robić? Kierowniczka grupy zaprowadziła mnie na koniec magazynu i pokazała mi szczegółowo, jak rozliczać materiał: zapisać na tym papierze nazwę materiału, numer kodu itp., a także liczbę sztuk i datę.Pomyślałem, że to w porządku. Od razu zabrałem się do pracy. W magazynie było 12 rzędów regałów, a do godziny 11:40 przerobiłem 3 rzędy. Kierownik był w biurze magazynu i uzgadniał kartony z magazynierem, więc nie widział, jak mi idzie. O 11:40 musiałem przerwać pracę, bo trzeba było iść na obiad, a wtedy na mnie naskoczył. „Co robiłeś, Laci??? – zapytał... A ja tylko stałem i czułem się zawstydzony, bo na pewno coś schrzaniłem... „Zrobiłeś pracę za pół miesiąca? Nie wolno! Jak mamy tu wytrzymać dwa miesiące, skoro już w ciągu pierwszych dwóch dni prawie połowa nagrań jest gotowa? Potem wyjaśnił, że nagrywam fragment, a potem odpoczywam... albo idę do kantyny, albo na spacer...Cóż, od tego momentu wiedziałem już, że tutaj panuje inna etyka pracy :) Ale natychmiast się dostosowałem, bo bałem się, że mnie wyrzucą. Tak więc w tym momencie miałem już pracę, ale musiałem jeszcze załatwić kwestię mieszkania. Bez ani jednego forinta nie miałem zbyt wielkich szans na znalezienie gdziekolwiek mieszkania do wynajęcia.Już od 23 dni „mieszkałem” na dworcu zachodnim, a zarówno kolejarze, jak i policjanci patrzyli na mnie coraz bardziej krzywo, więc sytuacja zaczęła się robić gorąca – musiałem coś znaleźć, i to pilnie.Na słupie znalazłem ogłoszenie, w którym szukano współlokatora do pokoju za 870 forintów miesięcznie. To mogło być dla mnie idealne rozwiązanie. Zadzwoniłem pod podany numer i pojechałem do Óbudy, ale już nie pieszo, tylko autobusem nr 60 :) Powitała mnie bardzo starsza para, a pan pokazał mi pokój, który znajdował się w osobnym, małym budynku. Były w nim dwa łóżka, stół, dwa krzesła i piec. Powiedziałem, że dla mnie to po prostu idealne rozwiązanie.Zbliżał się koniec miesiąca, a wypłatę miałem dostać dopiero za jakieś dwanaście dni. Pomyślałem jednak, że to nic, do tego czasu po prostu przetrwam w Nyugati.Uzgodniliśmy, że przyjdę 10. dnia następnego miesiąca, bo wtedy już będę mógł zapłacić, a oni zapytali, gdzie teraz mieszkam. Odpowiedziałem, że w schronisku. Właśnie się z nimi żegnałem, kiedy pani szepnęła coś do ucha panu.Odszedłem może piętnaście metrów i czułem się szczęśliwy... bardzo szczęśliwy, bo będę miał gdzie spać, jeść itp...Wtedy usłyszałem, jak pan woła: „Młody człowieku, wróć!” Zatrzymałem się w mgnieniu oka, bo myślałem, że się rozmyślili. W końcu tak, rozmyślili się, tylko inaczej niż myślałem. Powiedział: „ „Omówiliśmy to z żoną i zdecydowaliśmy, że możesz się wprowadzić już dzisiaj, jeśli ci to odpowiada, a opłatę zapłacisz, kiedy dostaniesz wypłatę”. Naprawdę nie mogłem płakać, bo zawsze mi to zabraniano, ale wtedy moje oczy zalały się łzami, nie wiedziałem, co powiedzieć...Łza spłynęła mi po twarzy, pan to zauważył, położył mi rękę na ramieniu i powiedział tylko: „Chodź”. Wiedziałam, że tego wieczoru już nie zjem, bo liczyłam, że jak wrócę do schroniska, to zbierzę butelki.Ale kogo to obchodziło? Jako dziecko często głodowałem, więc to nie był aż taki wielki problem. Wypiłem sporo wody i wciąż ledwo mogłem pojąć to, co się wydarzyło. A o tym, jak dobrymi ludźmi byli, mam jeszcze jedną historię. Boże Narodzenie 1984 roku.Moja miesięczna pensja wynosiła 2800 Ft. To naprawdę niewiele, ale jakoś sobie radziłem. Płaciłem czynsz, a kiedy potrzebowałem jakiejś odzieży lub butów, to je kupowałem, a resztę rozdzielałem na poszczególne dni.Oczywiście zdarzało się, że nie mogłem się oprzeć, na przykład kremówce... czyli przepuściłem pieniądze na następny dzień. No cóż, wtedy przez jeden dzień nie jadłem i znów byłem na plusie.Najtrudniejsze były dni wolne od pracy. Wtedy zawsze myślałam tylko o jedzeniu, bo nie miałam czym zająć myśli. Boże Narodzenie było dla mnie wtedy straszne.Wszyscy moi współpracownicy opowiadali, komu jakie prezenty planują, jakie potrawy itp... Nienawidziłem już nawet tego słuchać. 23 grudnia 1984 r. poszedłem do dużego domu towarowego na placu Batthyányi i kupiłem po jednej puszce konserwy na każdy dzień.Mogłem sobie pozwolić na ten luksus, bo w uznaniu za moją doskonałą pracę dostałem 100 forintów premii. Tak więc na każdy dzień świąt miałem jedną puszkę, oprócz zwykłego mleka, masła i chleba.W Wigilię leżałem w łóżku, wspominając okropności minionych Świąt Bożego Narodzenia, które miały miejsce na farmie... i wtedy usłyszałem ciche pukanie... Potem ktoś zapytał: „Czy Laci jest w domu?”. Otworzyłem drzwi i przed sobą zobaczyłem wujka z talerzem przykrytym serwetką... Przyniósł mi dwa kawałki smażonego mięsa z puree ziemniaczanym... i jeszcze przepraszał, że smażą je na oleju zamiast na tłuszczu...Udało mi się tylko wykrztusić: „Bardzo dziękuję”. Życzył mi smacznego i wesołych świąt, a potem odszedł. Znowu byłem całkowicie oszołomiony... ale głód to potężna siła. W mgnieniu oka pochłonąłem wszystko.Mógłbym jeszcze długo pisać, ale nie wiem, czy to w ogóle kogoś interesuje. Dlatego na razie się żegnam i z góry dziękuję za pomoc, ale jeśli przeczytałeś mój tekst tylko z ciekawości, to też bardzo dziękuję!

Korzyści płynące ze wsparcia cyklicznego:
Organizator otrzymuje 100% Twoich środków - nie pobieramy prowizji
Zachowujesz pełną kontrolę - w każdej chwili możesz bez zobowiązań przerwać wsparcie
Organizator może w pełni skupić się na swojej twórczości/działalności
Otrzymujesz stały dostęp do postów oraz specjalne wyróżnienie
Nie musisz pamiętać o kolejnych wpłatach
To prostsze niż Ci się wydaje :)

Komentarze

 
2500 znaków
Zrzutka - Brak zdjęć

Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!

Dbamy o bezpieczeństwo. W razie wątpliwości zgłoś tę zrzutkę przez