Ciąża po zabiegu in vitro w późnym wieku
Ciąża po zabiegu in vitro w późnym wieku
Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski
Oryginalny Węgierski tekst przetłumaczony na Polski
Opis zrzutki
Nazywam się Barbara i w sierpniu skończyłam 53 lata. Najbardziej bolesnym momentem w mojej tragicznej historii było utracenie 6 września 2000 roku mojego 20-miesięcznego synka, który w wyniku zabiegu chirurgicznego wykrwawił się w moich ramionach w jednej z węgierskich klinik. 12 lat później u mojego kolejnego synka zdiagnozowano raka kości.
Przeżyliśmy okrutne lata.
Obecnie mam dwoje dorosłych dzieci.
W wyniku wielu przeżytych cierpień moje małżeństwo się rozpadło, ponieważ żałoba rozdzieliła mnie z mężem, z którym różniła nas kultura, kraj i wyznanie.
5 lat temu poznałam mojego nowego partnera, z którym mieszkamy razem od 4 lat. On nie ma dzieci.
Trzy lata temu, kiedy miałam 50 lat, zdecydowaliśmy się na program in vitro, ponieważ bardzo pragnęliśmy mieć dziecko, a ja ogromnie pragnęłam szczęśliwej, udanej ciąży i zdrowego dziecka. Niestety, ze względu na mój wiek nie przyjęto nas ani na Węgrzech, ani w pobliskim Brnie, ani w Bratysławie, praktycznie mogliśmy pojechać tylko na Cypr, a konkretnie do jego tureckiej części. Przeszliśmy 5 cykli in vitro z dawcą, co pochłonęło prawie wszystkie nasze oszczędności. Przy pierwszym cyklu zaszłam w ciążę bliźniaczą, ale niestety półtora miesiąca później poroniłam. Następnie miałam dwie tzw. ciąże chemiczne, a w dwóch przypadkach proces zagnieżdżenia się zarodka nawet się nie rozpoczął.
Chciałam trafić do bardziej precyzyjnego, profesjonalnego centrum in vitro, gdzie przyjmują pacjentki nawet w tym wieku, więc dzięki rekomendacji trafiłam do kliniki dr. Roberta Kiltza w amerykańskim Syracuse. Obecnie mamy za sobą 4 cykle in vitro, z których ostatni prawie się powiódł. Ponownie, tak jak wcześniej, ciąża się rozpoczęła, ale zakończyła się poronieniem. (Nazywa się to zespołem pustego woreczka jajowego). Obecnie przygotowujemy się do piątej procedury za granicą, ale jesteśmy całkowicie zadłużeni z powodu dotychczasowych zabiegów i zakupu komórek jajowych od dawczyń, których cena wynosi 500 USD za sztukę. Do tej pory kupiliśmy 20 sztuk, z których powstało 10 zarodków, a na każdy transfer wykorzystywaliśmy po 2. Obecnie koszty podróży, bilety lotnicze oraz koszty leków i badań stanowią duże obciążenie dla naszej rodziny, a bardzo chciałabym podjąć jeszcze kilka prób i nie mogę się doczekać, aż będę trzymać maleństwo w ramionach. W tym celu robię wszystko, co zalecili mi lekarze, na przykład całkowicie kontroluję cukrzycę za pomocą diety i leków, zmieniłam styl życia, schudłam itp.
Moim największym marzeniem jest teraz szczęśliwe macierzyństwo. Proszę, jeśli możecie mi w tym pomóc, wesprzyjcie nasze cele! Będę bardzo wdzięczna za każdą, nawet najmniejsza pomoc!
Cześć, nazywam się Barbara.
Nasza prawdziwa, bolesna historia zaczęła się po tym, jak u mojego drugiego syna, Naila, zdiagnozowano białaczkę. Miał zaledwie 14 miesięcy. Urodził się z dużą nadwagą, ponieważ nikt nie zdiagnozował u mnie cukrzycy ciążowej. Ważył 5280 gramów i mierzył 59 centymetrów, a lekarz w szpitalu nie wyraził zgody na cesarskie cięcie. Płakałam i błagałam go, ale musiałam urodzić go naturalnie. Było to pierwsze poważne zaniedbanie medyczne w naszym życiu.
Nail dobrze reagował na leczenie onkologiczne, ale ponieważ zbyt późno zauważono, że ma białaczkę, doszło do przerzutów w jego prawym uchu. Po 6 miesiącach chemioterapii lekarze zdecydowali się na operację ucha. Miał 20 miesięcy. Po operacji na oddziale ratunkowym w szpitalu dla dorosłych zmarł w moich ramionach, ponieważ podczas operacji stracił zbyt dużo krwi. Drugi poważny błąd medyczny kosztował go życie. Chirurg uznał, że to nie nowotwór, a jedynie infekcja, i nie zamknął rany ani nie założył drenu. Nie zszywał rany, aby odprowadzić ropę, a był to krwawiący nowotwór. W sali pacjentów nie było przy nas żadnego lekarza, więc na próżno wołałam o pomoc. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Mamo”. Tego dnia wraz z nim umarła też część mnie.
W następnym roku urodziłam trzeciego syna, Rinata, którego imię oznacza odrodzenie. Nie potrafiłam cieszyć się ciążą i porodem, pogrążyłam się w głębokiej depresji i przez 7 lat tylko płakałam i płakałam. 12 lat później, w 2012 roku, tego samego dnia co u mojego syna Naila, u mojego trzeciego syna, Rinata, zdiagnozowano raka kości (osteosarcoma). Ten czarny dzień to 20 marca. Moją pierwszą myślą było, żeby cała czwórka – bo mieliśmy też syna starszego o siedem lat, o imieniu Gengis – wsiadła do samochodu, zderzyła się z ciężarówką i zginęła razem. Powiedziałam sobie: nie mogę tego znowu przeżyć.
Ale Rinat podszedł do mnie i powiedział: „Mamo, nie chcę umierać”. I płakał. W tym momencie wiedziałam, że będę walczyć o jego życie jak lwica i będę przy nim do ostatniej kropli krwi. Nie mieliśmy pieniędzy, bo mieszkamy w Europie Wschodniej, niedaleko granicy z Austrią, gdzie pensje są bardzo niskie. Teraz średnia pensja to mniej niż 800 euro miesięcznie. Miałam ogromną wiarę, że jeśli będę musiała, to zdobędę pieniądze na jego leczenie, ale zabiorę go do cywilizowanego kraju, żeby tam był leczony. Tak właśnie się stało. W końcu w Anglii, w Londynie, przeszedł chemioterapię i udaną operację, podczas której uratowano mu nogę, ale ma metalową protezę w lewej nodze. Od biodra do kostki wszczepiono mu metalowy pręt. Spędziłam z nim rok w szpitalu.
Teraz Rinat ma 23 lata i został przyjęty na uniwersytet w Holandii (Arnhem), a ja od roku opłacam za niego czesne i czynsz za mieszkanie. We wrześniu rozpoczął studia na kierunku komunikacji. Jest bardzo mądry, a co najważniejsze – żyje!
Mój najstarszy syn, Gengis, ma teraz 30 lat i nigdy nie był w stanie pogodzić się ze śmiercią brata. Cierpi na poważne zaburzenia osobowości typu borderline oraz autyzm, mieszka ze mną w tym samym domu, a ja go utrzymuję. Nie może pracować z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym i ataków paniki, więc daję mu drobne zadania w mojej firmie. Pracuję jako coach, pomagając ludziom wyjść z toksycznych związków.
W czasie tych tragedii moje małżeństwo z mężem się rozpadło, ponieważ on był muzułmaninem, a ja chrześcijanką, a żałoba nas rozdzieliła. Oboje byliśmy pełni bólu, nie mieliśmy dla siebie energii. On również miał problemy ze zdrowiem psychicznym i stracił pracę.
Przez prawie 20 lat pracowałam z umierającymi dziećmi i ich rodzinami w hospicjum dla dzieci. W ten sposób okazałam skruchę, ponieważ nigdy nie mogłam sobie wybaczyć, że nie udało mi się ochronić syna przed śmiercią. Po 20 latach byłam bardzo zmęczona przebywaniem w otoczeniu umierających dzieci.
Rozwiodłam się, przeprowadziłam i zaczęłam nowe życie, zupełnie od zera. Moje dzieci pojechały za mną. Od 2018 roku pracuję jako coach.
Pracowałam 12–14 godzin dziennie, aby opłacić wszystkie wydatki i pomóc moim dzieciom.
W 2020 roku poznałam mojego obecnego partnera, Josepha, który jest 17 lat młodszy ode mnie. Jest cichy i skromny, pracuje jako księgowy. Nigdy wcześniej nie otrzymałam od nikogo tak wiele miłości, a uczucie, że jestem ważna i że ktoś mnie codziennie przytula, było dla mnie czymś nowym. On nie ma dzieci.
Jest najwspanialszym mężczyzną, poza moimi dziećmi, którego Bóg zesłał w moje życie. Czułam, że z nim mam szansę na nowe życie. Postanowiliśmy założyć rodzinę i mieć dzieci. Niestety, miałam wtedy prawie 50 lat, więc moje własne komórki jajowe nie nadawały się do poczęcia, więc rozpoczęliśmy procedurę in vitro z wykorzystaniem komórek jajowych dawczyni. Na Węgrzech państwo nie zezwala na program in vitro dla kobiet powyżej 42 roku życia. Większość leków musieliśmy kupować bez dotacji rządowych. W Europie nie ma zbyt wielu możliwości leczenia in vitro dla kobiet powyżej 50 roku życia, a nasz czas się kończy. W końcu trafiliśmy do tureckiej części stolicy Cypru (Nikozja). W ciągu 2 lat przeszliśmy tam 5 cykli IVF i zabrakło nam pieniędzy, mimo że oboje pracowaliśmy po 16 godzin dziennie. Mieliśmy jedno poronienie (6 tygodni), 2 ciąże chemiczne, a dwa razy zarodek w ogóle się nie zagnieździł. Nigdy nie wykonano badań genetycznych. Nikt nie daje nam wskazówek, jak zwiększyć szanse powodzenia IVF. Ostatnia IVF miała miejsce na Cyprze w kwietniu 2023 roku i naprawdę wierzyłam, że się uda. Niestety, nie było odpowiedniego wsparcia medycznego, a my nawet nie rozmawialiśmy z lekarzem. Codziennie wykonuje się tam 20 zabiegów IVF, które przeprowadzają jeden lub dwóch lekarzy.
Ponieważ data porodu zbiegła się z rocznicą urodzin mojego aniołka, syna Nailki, uznałam to za znak z nieba. Termin porodu wyznaczono na 3 stycznia 2024 r. To wiele dla mnie znaczyło. Urodził się 3 stycznia 1999 r. i zmarł 6 września 2000 r.
Niestety, IVF znowu się nie powiodło. Całkowicie się załamałam.
Zaczęłam codziennie oglądać kanał na YouTube amerykańskiego lekarza, dr. Roberta Kiltza. Napisałam do niego list, a on mi odpowiedział. Czułam, że nie mogę się jeszcze poddać. Wiem, że w CNY będziemy w dobrych, troskliwych i kochających rękach. Po raz pierwszy w życiu czujemy, że otrzymujemy prawdziwą pomoc i opiekę w ramach programu IVF. Przede wszystkim pragnę przeżyć szczęśliwą i spokojną ciążę oraz ponownie zostać matką, a mój partner, Joseph, po raz pierwszy w życiu zostać ojcem.
Znów mamy nadzieję, która przerodziła się w wiarę, i dziękujemy za to, że jesteście z nami i podtrzymujecie w nas ducha.
Napisałam książkę ku pamięci mojego małego aniołka. Nie mogłam jej opublikować – nie wiem, jak sprzedawać na Amazonie, a nie mam pieniędzy na marketing, ale chętnie wyślę ją wam w języku angielskim, jeśli chcecie przeczytać naszą historię.
Wierzę, że słońce nam się uśmiechnie i w końcu będziemy razem szczęśliwi. Często śnię o moich małych bliźniakach, chłopcu i dziewczynce... Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni i moje przeznaczenie się wypełni.
W USA, w klinice CNY w Syracuse, mieliśmy 4 nieudane transfery, za kilka dni czeka nas ostatni, a potem musimy stworzyć nowe zarodki z komórkami jajowymi od dawczyni, opłacić zabieg i spróbować ponownie. Koszt podróży i pobytu w USA jest dla mnie teraz zbyt wysoki, ponieważ po 9 próbach IVF (PRZENIESIENIE ZAMROŻONYCH ZARODKÓW) w ciągu ostatnich 3 lat całkowicie się zadłużyłam. Naprawdę pragnę w końcu trzymać to dziecko w ramionach. Proszę, pomóżcie mi odnieść sukces w moim dziesiątym, a jeśli to konieczne, kolejnych programach IVF. Często brakuje mi pieniędzy na dodatkowe zalecane leki i zabiegi. Będę wdzięczna za każdą pomoc!
Chciałabym przeznaczyć te pieniądze na pokrycie kosztów komórek jajowych od dawczyni oraz procedury IVF, które wynoszą około 16 000 EUR, a także na zalecane badania, leki oraz przelot i zakwaterowanie związane z regularnymi wyjazdami, co łącznie daje kwotę ponad 20 000 EUR.