Fundusz naprawczy – nauka pozostania po chęci odejścia
Fundusz naprawczy – nauka pozostania po chęci odejścia
Oryginalny Angielski tekst przetłumaczony na Polski
Oryginalny Angielski tekst przetłumaczony na Polski
Opis zrzutki
Może zacznę od opisu zdjęcia, które wybrałam. Ta mała, roześmiana dziewczynka to ja – tuż po tym, jak obcięłam swoje długie blond włosy nożyczkami do kręcenia włosów dla dzieci. Za każdym razem, gdy patrzę na tę uśmiechniętą, szczęśliwą buzię, czuję odrobinę nadziei, ponieważ wiem, że ona nadal jest we mnie.
Mam około trzech lub czterech lat i właśnie w tym czasie w moim życiu pojawiły się problemy ze zdrowiem psychicznym, które próbowały odebrać mi całą niewinność i radość bycia dzieckiem.
Najpierw zaczęły się ataki paniki. To smutne, że są to moje najjaśniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Bezsenne noce dla mnie i moich rodziców. Trudności z oddychaniem, przytłaczający strach przed śmiercią, bezsenność wypełniona łzami. Nikt nie wiedział, jak mi pomóc. Napięcie wewnątrz mnie powoli przerodziło się w agresję i emocjonalne zamknięcie. Wybuchałam gniewem bez wyraźnego powodu. Nie chciałam bliskości. Odsuwałam się od ludzi, których kochałam. Nikt nie mógł mnie przytulić. Nikt nie mógł mnie pocałować.
Lekarze twierdzili, że to po prostu moja trudna osobowość.
Z upływem lat moje wybuchy powoli ustąpiły miejsca depresji.
Przestałam szukać wsparcia. Próbowałam sama radzić sobie z atakami paniki i myślami krążącymi w mojej głowie.
Kiedy miałam 16 lat, wszystko zaczęło mnie przytłaczać.
W mojej rodzinie nie wierzyliśmy w terapię ani psychiatrię – mój ojciec uzależnił się od leków przepisanych przez lekarza. Przeszedł bardzo trudny proces odstawienia leków, a moi rodzice chcieli mnie chronić przed lekami w każdy możliwy sposób.
Rozumiem ich. Byli tak młodzi. Pojawiłam się w ich życiu, gdy mieli zaledwie 20 lat.
Sama zgłosiłam się do terapeuty. Po jednej sesji powiedziała mi, że potrzebuję pilnej konsultacji psychiatrycznej.
Wciąż pamiętam, jak bardzo moja mama płakała, kiedy jej o tym powiedziałam. Ostatecznie trafiłam do jedynego psychiatry w moim mieście. Niestety, leki nie przyniosły pożądanego efektu. Zmieniano je co trzy lub cztery tygodnie, bez stopniowego odstawiania lub przerw pomiędzy. Czułam się naprawdę okropnie. Doświadczyłam wielu skutków ubocznych. W końcu lekarz przyznał, że nie może mi pomóc.
Kiedy miałam 18 lat, wysłano mnie do kliniki w innym mieście. Tam spotkałam lekarza, który opiekował się mną przez następne dziewięć lat.
Przepisała mi wspaniały lek, który w końcu przyniósł mi ulgę, której tak desperacko poszukiwałam: benzodiazepiny.
Był to ten sam lek, z którym mój ojciec przeszedł przez piekło. Ale ja byłam już dorosła i chciałam zaufać lekarzowi, który zapewnił mnie, że jest on bezpieczny.
Na początku brałam je sporadycznie, tylko wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałam. Mijały lata, a do moich leków przeciwdepresyjnych dodawano kolejne – leki przeciwlękowe, przeciwpsychotyczne i nasenne. Bardzo powoli leki zaczęły odbierać mi wszystko – kreatywność, pasje, ambicje. Rzuciłam studia na jednej uczelni po drugiej i brałam coraz więcej benzodiazepin.
Bardzo bałam się uzależnienia.
Wizyty u lekarza stały się czymś, czego potrzebowałam – za każdym razem mówiła mi, że nie jestem uzależniona i że mogę nadal brać leki.
W ciągu ostatnich kilku lat, oprócz depresji, zdiagnozowano u mnie ADHD, bulimię i zaburzenia lękowe uogólnione. A wraz z tym pojawiły się kolejne leki.
Jedyne, co pozwalało mi funkcjonować, to zwierzęta.
Rzuciłam się w wir pomocy potrzebującym. Przez lata byłam domem zastępczym dla tych najbardziej skrzywdzonych. Adoptowałam dwa bardzo trudne psy z ciężką przeszłością. Przyjmowałam pod swój dach coraz więcej rannych, starych, chorych stworzeń. Dało mi to poczucie celu – tak bardzo, że całkowicie się w tym zatraciłam. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój dom zamienił się w schronisko – dwa psy i osiemnaście kotów.
W tym czasie benzodiazepiny były już od dawna częścią mojego codziennego życia.
W wieku 27 lat brałam osiem różnych leków. Do tego dochodziły dwie dodatkowe tabletki nasenne i oczywiście benzodiazepiny.
Nie wiem nawet, kiedy przestałam być sobą. Stałam się obojętną, zrezygnowaną osobą. Odrętwiała przez leki, nie mogłam wstać z kanapy. Przestałam dbać o siebie i swój dom. Pojawiły się myśli samobójcze.
A potem opuściła mnie osoba, którą kochałam całym sercem.
To była ostatnia kropla, punkt krytyczny, który narastał przez wiele lat.
Nie widziałam już sensu życia. Wzięłam opakowanie Xanaxu, opakowanie paroksetyny i butelkę whisky.
Położyłam się obok mojego psa, mocno go przytuliłam, a potem połknęłam tabletki.
Był to ostatni dzień grudnia 2023 roku.
Obudziłam się i zobaczyłam moją rodzinę stojącą nade mną. Płakali. W domu była już policja. Nie rozumiałam, co się dzieje. Policjant trzymał mnie za rękę i mówił, żebym nie zasypiała.
Przyjechała karetka. Jedyne zdanie, które pamiętam z wypowiedzi lekarza, brzmiało: „Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty w Sylwestra niż jechać do dziewczyny, która połknęła kilka tabletek?”.
Spędziłam miesiąc w szpitalu psychiatrycznym. Pierwszego dnia nagle odstawiono mi wszystkie leki. Przechodziłam intensywny fizyczny i emocjonalny odstawienny zespół. Nigdy nie sądziłam, że człowiek może przetrwać taki ból.
Czułam, jakby mój mózg płonął. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść, nie mogłam przestać się trząść. Każda sekunda wydawała mi się wiecznością. Płakałam, krzyczałam, błagałam, żeby to się skończyło – ale tak się nie stało. Zostałam sama z latami tłumionej traumy, surowym strachem i przerażającą świadomością tego, jak daleko upadłam.
Moja rodzina odwiedzała mnie codziennie, mimo że szpital znajdował się ponad godzinę drogi od domu. Nie mogłam jednak nawet spojrzeć im w oczy.
Ponieważ cierpieli tak samo jak ja.
Widok ich cierpienia, ból i strach na ich twarzach były nie do zniesienia. Czułam, że ich zawiodłam. Że stałam się tym, przed czym zawsze starali się mnie chronić.
Po wypisaniu ze szpitala moja rodzina zabrała mnie do swojego domu.
Nie mogłam jednak jeść. Nie mogłam spać. Całe noce spędzałam bezsennie w ciemnym pokoju – wyczerpana, opuchnięta od płaczu, nie mogąc znaleźć ani chwili spokoju.
Wyrwałam sobie wszystkie paznokcie. Wyrywałam sobie kępki włosów. Leżałam na podłodze, krzycząc i błagając matkę, żeby pomogła mi umrzeć.
Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy ona, szlochając, włożyła mi do ust tabletkę uspokajającą — próbując uratować mnie przed samą sobą.
A potem — z powodu nagłego odstawienia leków — zaczęły się drgawki. Rodzice wezwali karetkę. Przyjechała ta sama ekipa ratowników.
Ten sam lekarz, który przyjechał do naszego domu w Sylwestra. Spojrzał na mnie i powiedział, że jestem po prostu na haju. Zmierzył mi ciśnienie krwi i zostawił mnie tam – drgającą, złamaną, ledwo oddychającą.
Nie pamiętam, jak zasnąłem. Ale pamiętam, jak się obudziłem – z kolejną falą drgawek. Tym razem silniejszych. Kolejny telefon do służb ratunkowych. Tym razem zabrali mnie do karetki.
Szarpali mną. Krzyczeli na mnie.
Lekarz nazwał mnie ćpunem.
Powiedział, że terroryzuję własną rodzinę.
Nie mogłem nawet mówić. Moje ciało drżało gwałtownie, ale mój umysł był całkowicie przytomny.
Czułem wszystko. Każdy krzyk w moim ciele.
Jedyne, co mogłem zrobić, to płakać.
W szpitalu nawet mnie nie zbadano. Po prostu pokazano mnie innemu lekarzowi na korytarzu. Razem zdecydowali, że powinnam wrócić na oddział psychiatryczny.
Jakbym była problemem, a nie osobą.
Kazali moim rodzicom zawieźć mnie tam. Mimo że moje ciało wciąż drżało.
Podróż trwała godzinę.
Moja mama siedziała ze mną na tylnym siedzeniu, przytrzymując moje ciało, gdy drgawki nasilały się. Mój tata siedział za kierownicą, płacząc i pędząc autostradą.
Wtedy zaczęłam krzyczeć z bólu.
Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, zabrano mnie na pogotowie.
Ta sama lekarka, która przyjęła mnie w Sylwestra, zobaczyła mnie. Wybuchnęła płaczem i wyszła z pokoju. Moje tętno przekraczało 200. Nie miałam odruchów neurologicznych. Cały zespół lekarzy próbował ustabilizować mój stan.
A potem wszystko zamazało się w bieli. Lekarka, która płakała — wróciła.
Szeptała: „Jeszcze nie. Nie teraz”.
Stałam na krawędzi. Ożywili mnie.
I wróciłam.
W końcu udało im się podać mi coś, co zatrzymało drgawki. Spędziłam tydzień na oddziale intensywnej terapii. Podłączona do maszyn. Z cewnikiem. Nie mogłam mówić. Nie mogłam chodzić. Moja twarz drgała w niekontrolowany sposób.
Przeniesiono mnie na oddział neurologiczny w innym szpitalu. Dziesiątki badań. Fizjoterapia.
Próbowałem znów chodzić. Próbowałem mówić.

To są moje ramiona – posiniaczone i pokryte śladami po niezliczonych szpitalnych kroplówkach. Każdy ślad opowiada historię walki, której nigdy nie chciałam, ale musiałam przetrwać.
Wtedy mężczyzna, którego poznałam dwa lata wcześniej na koncercie, wysłał mi wiadomość. Zapytał, czy chcę pojechać na festiwal. Zaczęliśmy rozmawiać. Tak po prostu.
Nie miałam wtedy pojęcia, że to właśnie on sprawi, że znów się uśmiechnę – po raz pierwszy od czasu, gdy wszystko się zawaliło. Że pomoże mi znów stanąć na nogi.
Że półtora roku później powiem mu„tak ”. I że będziemy planować ślub.
Razem.
Chcę całkowicie stanąć na nogi, ale ledwo wiążemy koniec z końcem.
Udało nam się znaleźć domy dla zwierząt w potrzebie, ale nadal mamy osiem kotów i dwa psy, które wymagają opieki – i większość naszych środków przeznaczamy na nie.
Przeszłam terapię ketaminą, która kosztowała nas prawie 8000 euro.
Spłacamy kredyty, opłacamy rachunki i staramy się oszczędzać pieniądze na terapię, wizyty u psychiatrów i leki. Często po prostu nie wystarcza nam na podstawowe potrzeby.
Dwa miesiące temu straciłam pracę, ponieważ firma upadła. Mój narzeczony wychodzi z domu do pracy o 5 rano i wraca wieczorem.
Moja rodzina bardzo nam pomaga, ale nie mogę prosić ich o więcej. Oni też mają problemy finansowe – i chociaż wiem, że daliby mi wszystko, co mają, po prostu nie mogę ich o to prosić.
Przeszli przez to samo, co ja.
Dzisiaj walczę nie tylko o siebie, ale także o innych. Pracuję jako osoba wspierająca, pomagając ludziom borykającym się z kryzysami i uzależnieniem od benzodiazepin. Rozmawiam z ludźmi z całego świata i czuję niesamowitą satysfakcję, wiedząc, że moja historia może być przewodnikiem dla kogoś innego. Możliwość wspierania innych daje mi siłę i pokazuje, że wyzdrowienie jest możliwe.
Postanowiłam podjąć kroki prawne przeciwko lekarzowi, który zignorował mój stan i potraktował mnie w sposób pozbawiający mnie godności. Robię to, aby nikt inny w kryzysie nie musiał przechodzić przez coś podobnego.
Mój narzeczony przeszedł ze mną przez piekło. Piekło traumy, piekło zespołu stresu pourazowego, piekło odstawienia benzodiazepin. Marzę o złagodzeniu tej trudnej codzienności – dla niego i dla siebie. Ponieważ pomimo wszystkich przeszkód i trudności jesteśmy szczęśliwi. Po raz pierwszy od bardzo dawna mam nadzieję.
Ale sama nadzieja nie wystarczy. Potrzebuję Waszej pomocy, aby dalej walczyć – o specjalistyczną terapię, bezpieczną opiekę medyczną, leki, które pomogą mi wyleczyć się, nie niszcząc mnie. Każdy wkład, nawet najmniejszy, przybliża mnie do wyzdrowienia i szansy na życie wolne od strachu i bólu.
Jeśli wierzycie w drugą szansę, w trwałą miłość i w siłę nadziei – proszę, wesprzyjcie moją podróż. Razem możemy zamienić ten koszmar w historię przetrwania i wyleczenia.
Dziękuję za udział w mojej walce.